No patrz!

     Jeśli człowiek siedzi w samotni, w ciszy, i ma jedną książkę, to jest mu lepiej niż człowiekowi, który tej książki nie ma. Zawsze to jakieś „coś”, co pozwala się zetknąć z myślami kogoś innego, to ożywia beret, człowiek sam na sam ze swoimi myślami nie wytrzyma. Cywilizacja Robinsonów. Książka jest cennym substytutem rozmowy dwóch albo więcej ludzi. Żyjemy w dobie elektronicznej rozmowy; naturalna rozmowa, gdzie kanałem informacyjnym jest powietrze, zanika. A ja lubię rozmawiać z ludźmi! Byle nie biadolili... Książka na szczęście nie biadoli. O: Polacy-Biadolacy. Ileż to nasłuchałem się biadolenia, złorzeczenia, zawodzenia, narzekania... W okresie bezdomności więcej miałem sytych rozmów z ludźmi niż, na przykład w okresie, gdy byłem nauczycielem w szkole, gdzie to przez wbudowaną „podrzędność-nadrzędność“ w funkcjach nam przydanych bardziej człowiek był zmuszony zmagać się się z tymże światem ról (kontrola! kontrola! kontrola!), opisanych niegdyś przez Gomrowicza. Szkoła nikomu szczęścia nie daje. Szkoła obrzydza książki (przymus!).
     Siedzę sobie przy herbacie z dzikiej róży. Ze śmietnika przyniosłem arbuza i kiść winogron. Objadam się.
     Dzisiaj, czyli dzień po siedzeniu nad herbatą z dzikiej róży, szedłem na piechotę z Woli Duchackiej na Łagiewniki, skręciłem w ulicę Wspólną, zakończyły się budynki nowej klasy średniej, czyli Polaków goniących jak zwierzynę łowną zachodnioeuropejski poziom życia, rozpoczęły się rozpadające się wiejskie domy, z wyrwami w płotach i chylącymi się ze starości drzewami sadów, które pielęgnował ktoś może dwadzieścia lat temu? Tam wkrótce był koniec drogi  i strome zejście w dół do zamarzniętego stawu obrośniętego obwarzankiem sitowia na tle biurowców i BONARKA CITY CENTER w pełnym blasku zimowego słońca. Przeszedłem przez zamarznięty staw, czując, jak lód ugina mi się pod stopami i z tych chaszczowisk przeszedłem przez kupę odwalonej ziemi z wykarczowaną darnią: i: witaj współczesna cywilizacjo. Tam spotkałem koleżankę-sąsiadkę, która szła obejrzeć książeczki.
     W pamięci miałem próbę muzyki niescentralizowanej, cztery gitary, wokal i perkusja, na ilu to już próbach zespołów muzycznych byłem? Rozmowy! Rozmowy! Każda rozmowa jest jak próba muzyczna. Co rusz ktoś kogoś inspiruje.
     Nic mi nie daje tyle radości w tej cywilizacji jak uczestniczenie we wszelkiego rodzaju eventach kulturotwórczych: wernisaże, koncerty, odczyty to jest mój żywioł, zwłaszcza wśród wypróbowanych myślicieli-artystów. Od biedy to i takiego jednego się spotka w mniejszych miastach, ale jak odbywa się dyskutowanie z jednym człowiekiem, który już nie otrzymuje bodźców artystycznych, to staje się to jałowe i z rozmowy na rozmowę topnieje energia, w takim wypadku siedzieć na kanapie jeno da się, wlewać w siebie alkohol, przy czym tłuc się we własnych myślach, bo ten człowiek już nic nie daje, nie ma już z czego, a najczęściej sam też się tłucze w swoich myślach i niespełnieniu artystycznym, podlegając coraz bardziej udrękom duchowym. No i tak wielu ludzi o jakimś potencjale twórczym gnije wewnętrznie w małych miasteczkach, zwłaszcza środkowoeuropejskich, a dookoła jak mantra dźwięczy w powietrzu: KASA KASA KASA.
     Trzymaj się.

     Bęc.

Robo

I jak napisałeś o Kochanowskim, to myślę... no, ok. Mam przecież w domu tego pana na półkach, wrócę do niego. Czy wróci zachwyt?
     I tu zaczął się mój dramat. Mogłam przewidzieć scenariusz, ale zawsze łudzę się, że wszelkie poszukiwania skończą się na otwarciu kilku książek. Nie ukrywam, że bardzo pomogła wirusowa choroba, która opanowała cały dom. W każdym razie pokój z książkami wyglądał jak po napadzie wojsk SS szukających zakazanych pozycji. Antybiotyk w moim przypadku wspiera buszowanie w drukach! Tak więc chciałam Ci coś mądrego napisać o Kochanowskim, ale nie wróciłam do jego słów, Ryba. Po drodze zatrzymali mnie Iwaszkiewicz i Nowakowski. Spędziliśmy ze sobą i zapalenie płuc, i świąteczne urlopy. Każdy z domowników z osobna zabierał do tańca swoich faworytów, wymieniając głośno myśli, cytaty i ciekawostki. W naszym domu za rok matura, więc jest jedna taka osoba, która dostaje najwięcej pytań – „No co ty! Tego nie czytałaś?“. Albo: „To musisz znać!“. Ta też osoba najszybciej odpadła z grona zawirusowanych. Z własnej woli została uleczona w tempie ekspresowym!
     Ale ja, Ryba, nie tym chciałam się z Tobą podzielić, a mianowicie przedziwnym faktem, że wszystko, co czytam, a co kiedyś nie raz prześwidrowałam, czytam jako pierwsze, nowe, świeże! Zachwycam się jak głupi Jaś krotką drogą do wsi z pola! Nie mogę wyjść z podziwu, jak słowa wirują, kreują wyobraźnię, nie pozwalają zasnąć, pozwalają oddychać, a przecież nie dotykam ich pierwszy raz! Przecież czytałam te książki kilka razy, kilka razy opracowywałam, na studiach, na prelekcje. Co to za przedziwna cecha? Czy jej się wstydzić trzeba, czy nie ma się czym chwalić, że czterdziestoletnia baba czyta, ,,podróże do polski“ jak nowe objawienie 2016 roku i płacze jak jej ciotka, kiedy ogląda „Noce i Dnie“, i te pieprzone nenufary! Myślisz, że np. Karol Maliszewski miewa taki stan? Niekoniecznie przy Kochanowskim. Ale chociaż przynajmniej przy Świrszczyńskiej?
     Pozdrowienia z wyspy zarażonych.

 Agata

Święta? Gdy giną ludzie, nie ma żadnych Świąt!
     Pamiętasz starogrecką zasadę, że jak są Igrzyska Olimpijskie, nie prowadzi się wojen? He...
     Tak, podczas Świąt wszyscy powinni płakać, a nie radować się, nie wymieniać się prezentami, ani ubierać choinki. Płakać. Płakać nad swoją bezradnością, płakać nad małostkowością rządzących, wyć jak psy!
     Obrazy wojny, zniszczenia, bólu i cierpienia mamy na co dzień. Nasza wrażliwość jest sparaliżowana przez obraz z ekranu. Ekran jest ołtarzem dla naszych oczu. Siedzimy przed ekranami, nawet w samochodach, wszędzie już. Ekranizacja świadomości. Tajfun fotonów.
     Jak marsz do Aleppo? Odbieram to jako rozpaczliwą próbę pojednania ludzi bez względu na to, kim są. Czy się wybiorę, nie wiem, bo też borykam się ze swoim niedostatkiem. W świetle tego: czy moja krytycznoliteracka działalność wniesie coś do dyskursu akademickiego? Czy jest taka potrzeba?
     Coś Ci pokażę, ciekawe, czy ktoś to puści:
     Od czterech miesięcy mieszkam w Krakowie; statystycznemu Polakowi nie trzeba mówić, co to jest Kraków. Dla mnie osobiście to miasto, w którym dojrzewał talent Jana Kochanowskiego, nad którego twórczością spędziłem wiele wieczorów, przeczytałem całe Jego dzieło, nawet to łacińskie, łącznie z tym parodiującym polonico-macaronicum (dobrze byłoby podać to jako przykład dla tych, co używają polonico-anglo-saxonicum, zwłaszcza na saksach w UK), tu, w Krakowie immartykulował się w UJ, był sekretarzem JKM, mieszkał na zamku w Pieskowej Skale, gdzie również mieszkał Piotr Roizjusz, a zamek ów był po prostu FERMENTEM (lata siedemdziesiąte XVI wieku?). Tu, w drukarniach krakowskich, zbierał, podsumowywał, układał w zbiory i wydawał swe dzieła tak fortunnie, że zdążył przed śmiercią „skodyfikować swój poezjoświat”, zanim go szlag nie trafił w lubelskim ratuszu we wrześniu 1584 roku. Myślę, że życie Kochanowskiego położyło się cieniem na całej polskiej literaturze, a drugiego takiego nie ma w całej środkowej Europie, łącznie z „Cesarstwem Niemieckim” ówczesnym (pierwszy większy poeta par excellence auf deutsch to Andreas Gryphius? Andrzej Kopacki pomoże, jeśli chodzi o meritum?), Czechami, Rosją, Szwecją, atd., może jeszcze Francuz Ronsard (a Kochanowski chlubił się, że Ronsarda widział, a teorię poezji terminował w Padwie u Robotello!). W młodej poezji nie gada się o Kochanowskim. Rej, Sęp-Szarzyński, inne Gwiazdy Poezji Polskiej Renesansu, mieli epizody studenckie w Niemczech (Wirtembergia? Piszę bez źródeł). To Kochanowski pierwszy dokonał karkołomnego dzieła stworzenia polskiego iloczasu, który pokutuje w wyobrażeniu Polaków i obecnie; on pierwszy w Polsce zastosował strofę saficką. Geniusz swoich czasów! Kto teraz z młodych poetów czyta poezję w języku angielskim, jako dominującym w kulturze (vide: latina in sixteenth century?).“
     i druga część:
     „W wielkiej czterotomowej encyklopedii Tatarkiewicza o Bakuninie i Kropotkinie jest jedno zdanie (cytuje z pamięci: „Byli tez anarchiści, Bakunin i Kropotkin”, nie dziwota! Władza Sowiecka bała się anarchistów, to byli wrogowie i Lenina, i Stalina). Dlatego Rewolucja Hiszpańska skończyła się, jak się skończyła. Stanęli przeciwko niej: PAŃSTWA FASZYSTOWSKIE, KOŚCIÓŁ KATOLICKI (księża jako celowniczy wojsk faszystowskich! Wskazujący cele dla karabinów maszynowych!) i KOMUNISTYCZNA ROSJA! Jak ja się mam czuć jako anarchista? Przecież Chrystus też był anarchistą, stał przeciwko zwierzchniej władzy lokalnej jaką była starszyzna kapłańska Izraela! Strzeżcie się kwasu faryzeuszy! Kto jest teraz polskimi faryzeuszami? Kościół! Kto rządzi Polską? PiS? Nie! Kościół!“
...
     „I jak tu patrzeć na tę hucpę odprawianą przez ONR! Przecież to polska wersja NSDAP!“ Oni byli odpowiedzią na włoski faszyzm i niemiecki nazizm, zwykła KOPIA DZIAŁAŃ!“
     Pozdrawiam z siedziby tolerancji, wytrzymuje jeszcze.

Robo

Ryba!
Dobrze, że znam Ciebie, wolnego ptaka, który może mieć takie stanowisko wobec świata, przodem  do różnych opcji i tyłkiem też do wielu. Ja jednak jestem częścią machiny tego zegara. Kredyt hipoteczny, dzieci na studiach, plany urlopowe, koń, koty wiecznie głodne. Tak, przybijam piątkę w kwestii marihuany. Ale co to znaczy...Nic. Dzieci w Aleppo płaczą . Wyją z bólu lub niemo krwawią w sercu. Polakowi kradną ciężarówkę w Berlinie i zabiją go w imię swoich najwyższych celów. Potem ta ukradziona ciężarówka wjeżdża w tłum. Każdego dnia obok tego całego syfu dnia, jako część systemu płaczę nad losem tego świata, jednocześnie walcząc o swoje przetrwanie. Nie potrafię dzisiaj nic rozsądnego napisać Ryba ani o Indianach, ani o pedofilach, ani systemach które nami rządzą. Wróciłam z Berlina do bliskich i chce wzbudnic w sobie radość świąt, radość tego czasu na który tak zawsze czekam... I już wiem, że to nie jest możliwe. Zrozumiałam, że jestem typem, który odnajduje się w tej chwili i w Aleppo, w Berlinie . I zupełnie nie rozumiem, jak  polski katolik może ignorować to wszystko w swoim tle, śpiewając pastorałki o szczęśliwym narodzeniu Jezusa,  tego samego który to odbił swoje istnienie w moich imponderabiliach, który został nie tak dawno po raz kolejny Królem państwa w którym stoi mój dom, w którym mieszkam z bliskimi.  Ryba, fajnie jak kiedyś skojarzysz moje myślenie o świecie  z Jezusem, ale proszę nigdy z polskimi katolikami...Studiuje z bliskimi mapę z trasą marszu z Berlina do Aleppo. Może spotkamy się w drodze? Nie wiem co robić, nie chce siedzieć i przypatrywać się temu co płynie z prądem. Ale z drugiej strony, wiem, że nic nie mogę, nic nie znaczę, nic nie zmienię. Boli mnie serce Ryba. Świat morduje bezbronnych ludzi chcących spokojnie zasypiać i budzić się w swoim łózko. Ludzi, którzy nie chcą być bezdomnymi. A ta rodzina polskiego kierowcy zamordowanego w Berlinie? I Jakie te święte wesołe? Dla kogo? Dla polskiego katolika? Szczęść Boże nam wszystkim, Szczęść Boże Ryba...

Agata Menc