Ryba! Teraz trochę poplotkuję. Bo takie mam przemyślenia na tym etapie pracy i życia. Jakoś wszystko mnie szczypie za świadomość i chyba przyklasnę Jungowi, że ta czterdziestka rzeczywiście jak wyskok z kotłującej się zupy w garncu na bezpieczny i spokojny ląd. No, więc o tej świadomości trochę, o ludziach, i o tym, czym teraz tak żyjemy, i o co walczymy.
Mój list piszę do Ciebie nie z domowego pokładu a kolejnej trasy. Może przesilenie, zmęczenie skłania do takich myśli. Ale do rzeczy. Przez ostatnie długie miesiące opisuję życie emigrantów w różnych scenariuszach dokumentalnych. Z całą ekipą śledzimy ich losy w całej Europie. Jak na dłoni widzę, jak żyją, jak się asymilują, co ich boli i jak kombinują, by przetrwać, zaadoptować się. Towarzyszę im, nie pomagam - to jest bardzo ważna różnica. Moja jedyna pomoc sprowadza się do krzewienia jak najlepszej opinii o nich, burzenia stereotypów na ich temat, burzenia nienawiści na tle rasowym i kulturowym. W moich scenariuszach, które tworzę, które to potem koledzy przerabiają na realny film, wywiad, spotkanie. Nie zbieram dla nich śpiworów i czapek, nie szukam im dachu nad głową, gdyż nie taka jest moja rola. Znam takich, co potrafią to doskonale zorganizować, nie tylko rozsyłając terminy zbiórek na Facebook. Ale też to nie o tym. A o tym, o czym najlepiej opowie moja historia z przed kilku dni.
Kolacja u przyjaciół. Spotkanie w gronie bliskich osób, którzy, na co dzień pracują ze sobą. Prawie bliskich. Kluczem tej opowieści będzie pewna kobieta, która do tej kolacji dołączyła. ,,Przyjaciółka,, pani domu. Co ciekawe Polka. Więc… po ciężkim tygodniu objazdu Danii i Francji, odpoczywamy w Berlinie. Relacjonujemy materiały, dopinamy wątki, w kilka osób przygotowujemy kolację. Jest ciepło i wesoło. Jest naturalnie i bezpiecznie. I pojawia się Beata. Oj, teraz Ryba będę plotkować! Oj będę. Beata, żona Pawła. To istotne. Bo Pawła zna wiele osób, a Beata jest znana, bo jest żoną Pawła. Paweł wygrał kilka ważnych nagród w dziedzinie filmów dokumentalnych. Lubimy Pawła, gdy jest sam. Bez żony. Tym razem nie ma Pawła, jest Beata. Kobieta około 40 lat. Ale późno założyła rodzinę, wiec figuruje, jako młoda mama. Żaden ciuch na tej kobiecie nie jest chiński, ani nie pochodzi z produkcji wyzysku. Beata ma wygodne skórzane buty, profilowane, zdrowotne podeszwy, ekologiczna znana marka. Beata jest wegetarianką, a może nawet weganką. Jej 6-letni synek również. Paweł, jej mąż, bywa, kiedy jest w domu, a kiedy pracuje z nami, dostosowuje się do sytuacji. No, ale idźmy dalej. Beata świetnie zna nazwiska wszystkich polityków, wie doskonale, co który podpisuje i co który może zrobić dla świata. Beata bardzo często użala się nad losem syryjskich dzieci i często udostępnia informacje o zbiorkach czapek, gdy idą chłodne dni. Gardzi plastikiem do tego stopnia, że zakupy na zwykły obiad trwają pól dnia. Co oznacza codzienne poszukiwania produktów nie tylko ekologicznych, ale i odpowiednio pakowanych. Przyjaciele Beaty, to znaczy ci, których ona nazywa przyjaciółmi, od lat zmieniają naszą ziemie, troszczą się o nią, nie znajduję słów uznania. Ja, wariatka, wiele chciałabym w swoim otoczeniu zmienić, ale moja rzeczywistość bywa nudnie prosta, kupuję jedzenie w plastykach, w pośpiechu zdarza się zjadać niezdrowe mięcho, produkuję śmieci i miewam chińskie podkoszulki. Nie dobieram przyjaciół przez ich stosunek do ekologii i ich poglądów politycznych czy religijnych. Ale nie o tym. Idźmy dalej. No a pani domu, u której panował ten rumor, to moja towarzyszka w projektach. To ona zabiera ode mnie scenariusz i zaczyna coś z tym robić. Jedyna osoba, która w naszej ekipie coś realnie pomaga tym, o których robimy te dokumenty. Załatwia pobyt, wystaje w kolejkach, znosi im brakujące meble, załatwia dorywcze prace, leki i zabawki dla dzieci. Jedyna z naszej ekipy, która posiada małe dzieci i wolny czas, kiedy my zjeżdżamy się do swoich domów na tydzień, dwa, ona walczy z urzędami, firmami, stereotypami, jak to w Berlinie osoba zaangażowana społecznie. Tylko wiesz, Marta kocha kurczaki z grilla z marketu, biega w chińskich tenisówkach, jej dzieci piją czasami pepsi i jedzą pizzę, kiedy ma na wszystko wieczorem wyrąbane. Kocham Martę. No, ale dalej. I tak Beata postanowiła się zjawić. Weszła więc pełna swojego wyjątkowego spojrzenia na życie i bardzo szybko postanowiłam zrobić porządek w wokół siebie. Kupujesz te papryki pakowane? Wodę też kupujesz? W kranie jest naprawdę dobra woda. Pozwalasz im jeść słodycze o tej porze? Nie za późno w ogóle ta kolacja? Nie czytam takich książek, a tak, tak, spotkałam Julkę, ale wiesz, że oni się rozstali!!! To taka mało ambitna kobieta, nie ten poziom, wiesz, paznokcie zrobione, tleniona blondyna, idziecie na te sztukę o Syryjczykach? Nie? Co, co wy???? No tak, tak, brak czasu na wszystko, dosłownie czas przelatuje przez palce! No więc, Ryba, widziałam jak moja Marta robi się smutna, opada z entuzjazmu, zaczyna w popłochu wyganiać dzieci spać, niepewnym wzrokiem ogarniać teren i czy aby jest wystarczająco dobrym człowiekiem w miejscu swojego życia…Aż jak szara mysz obok wspanialej Beaty opadła bez sił, prosząc o otwarcie wina, którego z kilka miesięcy nie piła.
Może zbyt nudna wyda Ci się ta opowieść plotkarska, ale ta sytuacja mi bardzo pomogła, tak pierwszy raz, od dłuższego czasu, spojrzeć świadomie na ludzi, którymi się otaczam, na przyjaciół, bliskich… Chociaż ten infantylny wydźwięk na pozór ma oczywiste przeslanie, okazuje się, że jednak czasami ma tez podwójne dno.
Beata wyszła do domu, zjadając dosłownie dwa liście sałaty, o tej godzinie! To oczywiste! Skrytykowała jeszcze polski kościół, wrzucając do wora każdego księdza, przede wszystkim pedofilów, wypiła lampkę wina, które ostatecznie było zbyt mało wegańskie i zadzwoniła po męża. Kolejnego dnia musiała wcześniej wstać i ogarnąć bardzo dużo rzeczy, składających się na ratowanie tego świata. Jeszcze chwilę po jej wyjściu milczałyśmy, jakoś nie zbyt wiedziałyśmy, czy w gronie bliskich wypada coś na temat - było nie było bliskiej osoby - powiedzieć nieprzychylne słowa po żenującym jednak spotkaniu. Każdy zachował dla siebie pewne myśli. Oddech ulgi po jej wyjściu był jak walnięcie kulą w budynek do rozbiórki.
Wiesz co, Ryba… Nasz zespól doprowadził swoimi filmami do zamknięcia wielkich farm kurzych, kilku ubojni w całej Europie. Dzięki naszym filmom zniknęły miejsca, gdzie zwierzęta już nigdy nie będą traktowane w tak okrutny sposób. Tak, jemy mięso. Marta nie wyświęca się na Facebook, jaką jest niepokalaną, cudowną matką i żoną do potęgi wegańskiej anty-plastik, farbuje włosy na blond, zresztą nie tylko ona. Maluje paznokcie. Dlatego że pojawiamy się z ekipą filmową w obozach, ośrodkach dla uchodźców, traktują tych ludzi z uwagą.
Można by wiele mówić o tym, co realnie w życiu Marty jest na wagę złota. Nie chce pisać tutaj o sobie, o kolegach, a wyłącznie o Marcie i Beacie. No może jeszcze trochę o mężu Beaty, o Pawle, który następnego dnia bardzo zmieszany próbował nawiązać do wizyty swojej zony. Nikt z nas tematu nie poruszył, nie chciał. Paweł domyślił się, a przecież zna swoją żonę, że staliśmy się jej ofiarami, a przede wszystkim Marta jako pani domu. Zapewne nie mieściła się w jej wyobrażeniu o współczesnej kobiecie fit, wykształconej, godnej naśladowania. Ty Ryba zapewne masz w dupie, co inni myślą o Tobie, ja czasami się zastanawiam, nie bez przesady - ale po wizytach takich „Beatryczów” - co warto pokazać, a co nie, by swój wizerunek był „prawdziwy”, co zostanie zrozumiane, a co nie: skrzywdzone, przeinaczone…

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież