Czołem!

Pomyślałem o postawach wobec życia w związku z Twoim ostatnim listem. Zbierałem się do napisania, skasowałem przy tym przygotowywaną poprzednią wersję epistolarnej gimnastyki, ale nijak się nie miała do Twoich plotek, które się świetnie odnajdują w tym, co obserwuję sam.
Pani gość ma po prostu syndrom zdogmatyzowanej persony. Dogmatyczne myślenie, sztywne, bez cienia tolerancji, ogarnęło już masy ludzkie niezależnie od tego, jaką opcję polityczną czy wyznaniową reprezentują. Stykam się ze zwolennikami/czkami „lewicy“, „prawicy“, „neoliberalizmu“, etc., i oto okazuje się, że niegdysiejsza niechęć, lub po prostu przekonanie jakieś, światopogląd, na której bazowała niechęć (lub nie), przeradza się w agresję i nienawiść, a to często funkcjonuje już na poziomie werbalnym. Jeśli już społeczeństwo, które wyklucza ze swej struktury najbiedniejszych, albo tych, którzy przekraczają pewne normy, usankcjonowane przez system prawny, to teraz wszyscy nawzajem się wykluczają wewnątrz społeczeństwa (planetarnego?).
I tu nie ma dialogu! Nie ma rozmowy!
No tak, stary dylemat: dogmat kontra życie. Reguły kontra praktyka.
Tymczasem miałem przyjemność być ostatnimi czasy na dwóch bardzo miłych imprezach, z czego jedna z nich była pod auspicjami Festiwalu Miłosza w Krakowie.
Pierwsza z nich to promocja „kwartalnika“ literackiego „Kontent“, którego trzon redakcyjny tworzą młodzi ludzie, studenci, w dużej mierze Uniwersytetu Jagiellońskiego. Samo czasopismo jest wydawane ze smakiem, na poważnie, szata graficzna daje dużo światła samemu tekstowi i skupia w przeważającej mierze właśnie młodych autorów, poetów/ek, prozaików/czek, krytyków/czek, przed debiutem i po, których teksty z reguły bronią się same, choć znaczna część pierwszego numeru to właśnie wiersze i komentarze do nich. Podczas imprezy towarzyszącej temu wydarzeniu poeci (m. in. Tomasz Bąk, Szymon Słomczyński) wypytywali krytyków, jakoby na odwrót w odniesieniu do numeru. Osobiście miałem przyjemność rozmawiania z wieloma ludźmi wokół i czułem, że osobiście mi to coś daje, że była jakaś wymiana myśli.
Drugą imprezą z serii podnoszących na duchu, była ta, która figurowała w PASMO OFF Festiwalu Miłosza, która zorganizowana była w kluboksięgarni „Massolit“ na ul. Felicjanek 4, a której dobrym duchem jest Lynn Suh, poeta i tłumacz, redaktor angielskojęzycznego pisma „Widma“. Otóż była to promocja ww. pisma, podczas której czytały swoje wiersze trzy poetki (Joanna Oparek, Joanna Roszak, Ilona Witkowska), a tłumacze dokładali swoją angielską wersję, tak więc łącznie z „festiwalem rozmów“ każdy mógł wyciągnąć coś dla siebie.
Osobiście jestem już zmęczony moderowanymi (lub nie) spotkaniami, w których jest jasno zarysowany podział na scenę i widownię, jakieś takie „sacrum vs. profanum“, gdzie panuje taka atmosfera, że człowiek nie wie, jak się zachować, bo oficjalność morduje ducha sztuki, swobody gestu. Umyka duch zabawy, wspólnoty, to zostaje przejęte przez „dworskość“, „urząd“ i zmodyfikowane do formalizmu, etykiety. Gdyby się nad tym zastanowić, to jest to coś, co zostało z tych drabinek społecznych, hierarchiczności społeczeństw, w strukturach państw i narodów, co wiemy ze szkolnych podręczników i innych źródeł pisanych, z reguły ocenzurowanych (łącznie z autocenzurą), od starożytnego Egiptu i Babilonu, przez feudalizm średniowieczny i faszyzm, kończąc na społeczeństwie neoliberalnym, właściwie postliberalnym.
W sumie, wracając do opisywanej Twojej sytuacji ze znajomą, odnoszę wrażenie, że podział leży w istocie pojmowania działania, czynu. Jeśli jest to działanie oparte na jakimś wysiłku, który przynosi jakąś rzeczywistą pozytywną zmianę w społeczności i nie jest to oparte na nienawiści, to jestem jak najbardziej „za“, niezależnie od wyrażanych poglądów i odgrywanych postaw wobec świata. Mam tylko nadzieję, że syndrom zdogmatyzowanej persony aż do śmierci będzie mi obcy.

Ryba! Teraz trochę poplotkuję. Bo takie mam przemyślenia na tym etapie pracy i życia. Jakoś wszystko mnie szczypie za świadomość i chyba przyklasnę Jungowi, że ta czterdziestka rzeczywiście jak wyskok z kotłującej się zupy w garncu na bezpieczny i spokojny ląd. No, więc o tej świadomości trochę, o ludziach, i o tym, czym teraz tak żyjemy, i o co walczymy.
Mój list piszę do Ciebie nie z domowego pokładu a kolejnej trasy. Może przesilenie, zmęczenie skłania do takich myśli. Ale do rzeczy. Przez ostatnie długie miesiące opisuję życie emigrantów w różnych scenariuszach dokumentalnych. Z całą ekipą śledzimy ich losy w całej Europie. Jak na dłoni widzę, jak żyją, jak się asymilują, co ich boli i jak kombinują, by przetrwać, zaadoptować się. Towarzyszę im, nie pomagam - to jest bardzo ważna różnica. Moja jedyna pomoc sprowadza się do krzewienia jak najlepszej opinii o nich, burzenia stereotypów na ich temat, burzenia nienawiści na tle rasowym i kulturowym. W moich scenariuszach, które tworzę, które to potem koledzy przerabiają na realny film, wywiad, spotkanie. Nie zbieram dla nich śpiworów i czapek, nie szukam im dachu nad głową, gdyż nie taka jest moja rola. Znam takich, co potrafią to doskonale zorganizować, nie tylko rozsyłając terminy zbiórek na Facebook. Ale też to nie o tym. A o tym, o czym najlepiej opowie moja historia z przed kilku dni.
Kolacja u przyjaciół. Spotkanie w gronie bliskich osób, którzy, na co dzień pracują ze sobą. Prawie bliskich. Kluczem tej opowieści będzie pewna kobieta, która do tej kolacji dołączyła. ,,Przyjaciółka,, pani domu. Co ciekawe Polka. Więc… po ciężkim tygodniu objazdu Danii i Francji, odpoczywamy w Berlinie. Relacjonujemy materiały, dopinamy wątki, w kilka osób przygotowujemy kolację. Jest ciepło i wesoło. Jest naturalnie i bezpiecznie. I pojawia się Beata. Oj, teraz Ryba będę plotkować! Oj będę. Beata, żona Pawła. To istotne. Bo Pawła zna wiele osób, a Beata jest znana, bo jest żoną Pawła. Paweł wygrał kilka ważnych nagród w dziedzinie filmów dokumentalnych. Lubimy Pawła, gdy jest sam. Bez żony. Tym razem nie ma Pawła, jest Beata. Kobieta około 40 lat. Ale późno założyła rodzinę, wiec figuruje, jako młoda mama. Żaden ciuch na tej kobiecie nie jest chiński, ani nie pochodzi z produkcji wyzysku. Beata ma wygodne skórzane buty, profilowane, zdrowotne podeszwy, ekologiczna znana marka. Beata jest wegetarianką, a może nawet weganką. Jej 6-letni synek również. Paweł, jej mąż, bywa, kiedy jest w domu, a kiedy pracuje z nami, dostosowuje się do sytuacji. No, ale idźmy dalej. Beata świetnie zna nazwiska wszystkich polityków, wie doskonale, co który podpisuje i co który może zrobić dla świata. Beata bardzo często użala się nad losem syryjskich dzieci i często udostępnia informacje o zbiorkach czapek, gdy idą chłodne dni. Gardzi plastikiem do tego stopnia, że zakupy na zwykły obiad trwają pól dnia. Co oznacza codzienne poszukiwania produktów nie tylko ekologicznych, ale i odpowiednio pakowanych. Przyjaciele Beaty, to znaczy ci, których ona nazywa przyjaciółmi, od lat zmieniają naszą ziemie, troszczą się o nią, nie znajduję słów uznania. Ja, wariatka, wiele chciałabym w swoim otoczeniu zmienić, ale moja rzeczywistość bywa nudnie prosta, kupuję jedzenie w plastykach, w pośpiechu zdarza się zjadać niezdrowe mięcho, produkuję śmieci i miewam chińskie podkoszulki. Nie dobieram przyjaciół przez ich stosunek do ekologii i ich poglądów politycznych czy religijnych. Ale nie o tym. Idźmy dalej. No a pani domu, u której panował ten rumor, to moja towarzyszka w projektach. To ona zabiera ode mnie scenariusz i zaczyna coś z tym robić. Jedyna osoba, która w naszej ekipie coś realnie pomaga tym, o których robimy te dokumenty. Załatwia pobyt, wystaje w kolejkach, znosi im brakujące meble, załatwia dorywcze prace, leki i zabawki dla dzieci. Jedyna z naszej ekipy, która posiada małe dzieci i wolny czas, kiedy my zjeżdżamy się do swoich domów na tydzień, dwa, ona walczy z urzędami, firmami, stereotypami, jak to w Berlinie osoba zaangażowana społecznie. Tylko wiesz, Marta kocha kurczaki z grilla z marketu, biega w chińskich tenisówkach, jej dzieci piją czasami pepsi i jedzą pizzę, kiedy ma na wszystko wieczorem wyrąbane. Kocham Martę. No, ale dalej. I tak Beata postanowiła się zjawić. Weszła więc pełna swojego wyjątkowego spojrzenia na życie i bardzo szybko postanowiłam zrobić porządek w wokół siebie. Kupujesz te papryki pakowane? Wodę też kupujesz? W kranie jest naprawdę dobra woda. Pozwalasz im jeść słodycze o tej porze? Nie za późno w ogóle ta kolacja? Nie czytam takich książek, a tak, tak, spotkałam Julkę, ale wiesz, że oni się rozstali!!! To taka mało ambitna kobieta, nie ten poziom, wiesz, paznokcie zrobione, tleniona blondyna, idziecie na te sztukę o Syryjczykach? Nie? Co, co wy???? No tak, tak, brak czasu na wszystko, dosłownie czas przelatuje przez palce! No więc, Ryba, widziałam jak moja Marta robi się smutna, opada z entuzjazmu, zaczyna w popłochu wyganiać dzieci spać, niepewnym wzrokiem ogarniać teren i czy aby jest wystarczająco dobrym człowiekiem w miejscu swojego życia…Aż jak szara mysz obok wspanialej Beaty opadła bez sił, prosząc o otwarcie wina, którego z kilka miesięcy nie piła.
Może zbyt nudna wyda Ci się ta opowieść plotkarska, ale ta sytuacja mi bardzo pomogła, tak pierwszy raz, od dłuższego czasu, spojrzeć świadomie na ludzi, którymi się otaczam, na przyjaciół, bliskich… Chociaż ten infantylny wydźwięk na pozór ma oczywiste przeslanie, okazuje się, że jednak czasami ma tez podwójne dno.
Beata wyszła do domu, zjadając dosłownie dwa liście sałaty, o tej godzinie! To oczywiste! Skrytykowała jeszcze polski kościół, wrzucając do wora każdego księdza, przede wszystkim pedofilów, wypiła lampkę wina, które ostatecznie było zbyt mało wegańskie i zadzwoniła po męża. Kolejnego dnia musiała wcześniej wstać i ogarnąć bardzo dużo rzeczy, składających się na ratowanie tego świata. Jeszcze chwilę po jej wyjściu milczałyśmy, jakoś nie zbyt wiedziałyśmy, czy w gronie bliskich wypada coś na temat - było nie było bliskiej osoby - powiedzieć nieprzychylne słowa po żenującym jednak spotkaniu. Każdy zachował dla siebie pewne myśli. Oddech ulgi po jej wyjściu był jak walnięcie kulą w budynek do rozbiórki.
Wiesz co, Ryba… Nasz zespól doprowadził swoimi filmami do zamknięcia wielkich farm kurzych, kilku ubojni w całej Europie. Dzięki naszym filmom zniknęły miejsca, gdzie zwierzęta już nigdy nie będą traktowane w tak okrutny sposób. Tak, jemy mięso. Marta nie wyświęca się na Facebook, jaką jest niepokalaną, cudowną matką i żoną do potęgi wegańskiej anty-plastik, farbuje włosy na blond, zresztą nie tylko ona. Maluje paznokcie. Dlatego że pojawiamy się z ekipą filmową w obozach, ośrodkach dla uchodźców, traktują tych ludzi z uwagą.
Można by wiele mówić o tym, co realnie w życiu Marty jest na wagę złota. Nie chce pisać tutaj o sobie, o kolegach, a wyłącznie o Marcie i Beacie. No może jeszcze trochę o mężu Beaty, o Pawle, który następnego dnia bardzo zmieszany próbował nawiązać do wizyty swojej zony. Nikt z nas tematu nie poruszył, nie chciał. Paweł domyślił się, a przecież zna swoją żonę, że staliśmy się jej ofiarami, a przede wszystkim Marta jako pani domu. Zapewne nie mieściła się w jej wyobrażeniu o współczesnej kobiecie fit, wykształconej, godnej naśladowania. Ty Ryba zapewne masz w dupie, co inni myślą o Tobie, ja czasami się zastanawiam, nie bez przesady - ale po wizytach takich „Beatryczów” - co warto pokazać, a co nie, by swój wizerunek był „prawdziwy”, co zostanie zrozumiane, a co nie: skrzywdzone, przeinaczone…

No tak!

Mechanizm okradania jest wielowarstwowy obecnie: inaczej wygląda kradzież drobnego kieszonkowca, inaczej kradzież miliarderów i polityków. Ci drudzy dla uzasadnienia swojej kradzieży używają różnych rozwiązań ustawodawczych i regulaminów; jak wytłumaczyć to, że abym mógł dzwonić z telefonu, muszę przedłużyć kartę o tydzień (ładuję za pięć złotych, i z biedy, i z faktu, że mało dzwonię do ludzi, bo wolę rozmawiać twarzą w twarz), bo jak, to stracę to, co załadowałem ponad tydzień wcześniej (Orange); jak wytłumaczyć, że w banku BZ WBK zabierają mi dziesięć złotych na miesiąc, bo zapłaciłem im mniej niż tysiąc złotych (a przecież i „na rękę” dostaję pieniądze)? Jedna kradzież młodych Cyganów/Romów jest niczym w porównaniu z faktem bycia regularnie obdzieranym przez państwo (podatki), etc., Polacy też kradną. Niemcy kradną. Amerykanie kradną.
Czy myślisz, że Bóg/Najwyższy/Absolut/etc. wymyślił pieniądz? Mógł sobie wymyślić planetę. Starczy.
No a teraz trwa wycinka drzew. Co gdzie się ruszę, pniaki po piłach. Jak to powiedział facet, który niedawno podwoził mnie z Żor do Suszca, ścięcie drzewa to pół godziny, wyrośnięcie drzewa to sporo lat. Temu facetowi na dniach ścięli drzewo, które zasadził przed domem trzydzieści pięć lat wcześniej. Jeszcze wszystkie lasy nam wytną. Jak już wybiją ustawową ilość zwierząt, będą strzelać do ludzi z nudów.
Też mnie okradli Cyganie/Romowie - w Ostrawie. Też wszystko, cały plecak; no ale spałem na ławce w tzw. cygańskiej dzielnicy. Przebudziłem się, zobaczyłem, że nie mam plecaka; sprawdziłem kieszenie, miałem jeszcze parę koron, by dojechać pociągiem do Bohumina, a stamtąd poszedłem na piechotę do Wodzisławia Śląskiego. Dobrze, że było ciepło.
Tymczasem wstaję o świcie, jest szósta, obserwuję pierwsze ptaki, które lecą to tu, to tam; gdy była jeszcze zima, o ósmej zaczynał się taniec sikorek między poręczą balkonu a karmidełkiem z owalnego z uszkiem pudełeczka po serze, zawieszonego na konopnym sznurku u falistego okapu; tam w środku maja nasionka i orzeszki, porywają i odfruwają. Póki co, jako że poranek, wszystkie fruną na południowy zachód, potem będą, wszystkie w tę sama stronę, dotychczas przefrunęły trzy; zaraz się zaczną ich polowania, okrążenia dookoła ogrodu, harce i przygody.
W tym swoim człowieczeństwie trzeba coś w sobie przełamywać przez całe życie, najgorsze są stereotypy, które blokują myślenie. Zwykła informacja w mediach może być źródłem stereotypu, a tymczasem oboje pracujemy w obróbce komunikatu, w przekazywaniu informacji; kto, wie, czy czasem w życiu nie stworzyliśmy jakiegoś stereotypu, przy okazji ze stereotypem walcząc?
Spod okapu sąsiedniego, bardzo dużego domu okolonego rusztowaniami budowlanymi, wyfrunął gołąb i przysiadł na ogromnym świerku, piąta gałąź od góry i ruszył dalej. Czas na śniadanie. Już się zaczynają ptasie łowy, pierwsze dymy z kominów lecą.

Pozdrowienia z pochmurnego Krakowa.

Ryba! Postanowiłam Ci o czymś napisać, chociaż nie jest to list pisany z niecierpliwością i rumieńcami na twarzy. Może smutnie będzie. Zależy. Smutek jak wszystko względny. Ale prawdziwie będzie. Bo tak bywa przecież. Smutno bywa. Wiesz, że jestem cyganolubna. Nie chodzi jedynie o muzykę, wiersze Papuszy czy też modne przyklaskiwanie wyobcowanym. Trochę przez dzieciństwo i babcine opowieści, babcine znajomości, trochę przez Auschwitz i pracę w pewnym okresie w muzeum, trochę przez prawdopodobieństwo, że w moich dzieciach płynie krew prababki z Urala, cyganki właśnie podobno, i przede wszystkim tak myślę, buntując się przeciw stereotypom, że oni zawsze tacy i tacy. Brudasy, nieroby i złodzieje. Więc w skrócie już wiesz, cygaanolubna jestem. I właśnie ja, z takim nastawieniem do cyganów, zostałam napadnięta przez nich i okradziona. W Rzymie. W metrze. Pewnie jak tysiące nieostrożnych, naiwnych turystów. Przyciśnięta przez młode cyganki, przyciśnięta i w bardzo prymitywny sposób okradziona z pieniędzy, dokumentów, bezpieczeństwa i odwagi. Przez chwilę, zanim nic już nie mogłam zrobić, trzymałam mocno za rękę, przywódczynię gangu, patrzyłam jej głęboko w oczy i krzyczałam w sobie, w środku, jak bardzo, jak bardzo jest mi jej żal, jak bardzo boli. - Jesteś tak młoda i ładna kurwo, tak młoda jak moja córka, jak bardzo jesteś biedna, jak bardzo Ci współczuję, jak wszystko w twoim życiu jest oczywiste, bez przyszłości, bez skrzydeł, bez dobrego konca, skończysz w tym gównie, w którym jesteś już po uszy. Bezradność sytuacji, ludzi obok, sprawiła, że usiadłam na ławce i zaczekam płakać, jak dziecko. Nie pamiętam, kiedy tak bardzo płakałam, nie wiedziałam, że tak płakać potrafię. Takich łez nie wycisnęła ze mnie chemioterapia i ból jej towarzyszący, naprawdę … płacz tak ciężki, aż poczułam pustkę. Chuj z tymi pieniędzmi. Pomyślałam o dokumentach, ile zajmie mi na nowo produkowanie tego, co ważne, a sam wiesz jak z czasem w moim byciu wszędzie i nigdzie. I wiesz, potem padły te znamienne zdania,te, których mogłam się spodziewać! od bliskich, od wielu, od wielu… - no i masz tych swoich cyganów! I wtedy, z dwojona siłą, z wielkim smutkiem, ale i z wielkim współczuciem, poczułam, że nie chce stracić tego, co jest we mnie prawdziwe w tej miłości do nich. Tej prawdy, która mnie od dziecka otacza, nie potrafię tych moich cyganów znienawidzić, odrzucić, uznać za winnych, uznać siebie za ofiarę ich typowych cech. Jest mi ich bardzo szkoda. Czuję w sobie smutek. Powinnam spojrzeć na oczy? Ryba? Pisz mi!